Czekając na złotą godzinę

Jest taka pora dnia, na którą fotografowie czekają, trzymając sprzęt w gotowości. To ten krótki czas tuż po wschodzie słońca lub tuż przed jego zachodem. To moment, kiedy światło jest miękkie, ciepłe i tworzy długie, delikatne cienie. To najlepszy czas na uwiecznienie krajobrazów, stworzenie portretów czy fotografię uliczną, ponieważ światło subtelnie oświetla scenę. Dodaje jej głębi i nastrojowego charakteru.

Ten czas nazywany jest w fotografii złotą godziną.To warunki idealne. Moment, na który warto poczekać.

A co jeśli południe nie chce poczekać?

Tylko co mam zrobić w sytuacji, kiedy przyjaciel poprosił mnie, by uwiecznić ważną chwilę z jego życia. Chwilę, która ma wydarzyć się dokładnie w południe? Daleko od świtu i daleko do zachodu słońca. Czy powinienem odmówić? Czy nalegać na przesunięcie uroczystości o kilka godzin? A może dostosować się do aktualnie panujących warunków?

Rynkowa złota godzina

Ten przykład jest nieprzypadkowy. Oczekiwanie na złotą godzinę występuje również na rynku kapitałowym. Zwłaszcza podczas zawirowań, tych krótko- lub średnioterminowych. To oczekiwanie, to gładko wypowiadane frazy: „To nie jest dobry czas na inwestowanie”, „Poczekam, aż rynek się uspokoi”, ewentualnie: „Wrócę na rynek, jak będzie bardziej stabilnie”. Ok, czyli kiedy?

Kiedy naprawdę jest dobry czas?

Kiedy jest dobry czas, aby inwestować? Czy nie wówczas, gdy człowiek ma na to najmniejszą ochotę? Kiedy nagłówki serwisów internetowych i paski w telewizorze skutecznie odstraszają od podjęcia takiej decyzji? Cóż, tak są zadaniowane. Mają przykuć twoją uwagę i skłonić cię, by szybko kliknąć w link, który cię zaniepokoił. Mają wywołać żywe emocje, a niekoniecznie skłonić do refleksji. I ich autorzy liczą na to, że tak właśnie zadziałasz.

Rynek nie wysyła zaproszeń

Ten, kto „czeka, aż się uspokoi”, sprawia wrażenie, jakby czekał na sygnał od rynku następującej treści: „Szanowny inwestorze, dołek został osiągnięty, można wchodzić”.

Może się mylę, ale rynek rzadko wysyła takie komunikaty. Chociaż trzeba przyznać, że kupienie w dołku i sprzedanie na górce brzmi kusząco, bo obiecuje poczucie kontroli. Tylko problem polega na tym, że poczucie kontroli najczęściej jest produktem naszej wyobraźni i oczekiwań. Stąd w psychologii inwestowania pojawia się pojęcie złudzenia kontroli.

Lodówka, garderoba i dywersyfikacja

A może oprócz pytania „kiedy inwestować” warto zadać sobie jeszcze pytanie: „w co inwestować”? Przecież to nie tak, że wszystko zawsze spada albo wszystko zawsze rośnie. Rozłożenie inwestycji na kilka elementów to nie powód do wstydu spowodowanego niewiedzą (w zakresie tego co ma się wydarzyć), tylko element racjonalnego podejścia do własnych pieniędzy. Taką dywersyfikację stosujemy w życiu codziennym i, co więcej, to rozwiązanie całkiem dobrze się sprawdza.

Nie wierzysz? To zajrzyj do własnej lodówki, garderoby czy szafki na buty.

„Skoro jest drogo, to musi spaść”

Może spaść. Ale może też rosnąć dalej. Historia zna takie przypadki. Począwszy od Newtona i jego przygody z akcjami Kompanii Mórz Południowych na początku XVIII wieku, po hossy z XXI stulecia. Historia pokazuje też, że koszty bycia poza rynkiem potrafią skutecznie obniżyć wynik długoterminowy. Poza tym ludzie pomijają fakt, że najlepsze dni często pojawiają się obok tych najgorszych. A to znaczy, że inwestora, który ucieka po spadkach, omija też odbicie. I wprawdzie wraca na rynek, kiedy jest już bezpieczniej, z tym że „bezpieczniej” znaczy wtedy „drożej”. A czas spędzony poza rynkiem, „siedząc na gotówce”, może przypominać spokojne morze, tyle że inflacja powoli podmywa brzeg. Czyli poczucie bezpieczeństwa jest pozorne.

Na raty, czyli spokojniejszy sen

A jeżeli wysoka wycena powoduje dyskomfort, to może wchodzić na raty? Tylko że wchodząc po kawałku, wprawdzie uśredniam cenę nabycia… ale czy czasem nie ograniczam potencjalnego zysku? Racja. Tylko zadaj sobie pytanie: co jest dla mnie ważniejsze, maksymalizacja zysku czy maksymalizacja bezpieczeństwa? A skoro wyszliśmy od dyskomfortu, to takie uśrednianie jest świetnym sposobem, by go ograniczyć. Czyli innymi słowy: zapewnić sobie znacznie spokojniejszy sen.

Dobry czas zaczyna się od celu

To właściwie kiedy jest dobry, a kiedy zły czas na inwestowanie? Cóż, zły czas jest wówczas, kiedy inwestor nie wie, co robi. Dobry – kiedy wie, po co inwestuje. Precyzyjnie zdefiniowany cel pozwala przetrwać rynkowe zawirowania. Tym łatwiej, jeżeli ten cel ma horyzont dłuższy niż najbliższe kilka czy kilkanaście miesięcy. I to nie rynek musi być spokojny, by inwestor działał rozsądnie. To inwestor powinien być wystarczająco rozsądny, by nie żądać od rynku świętego spokoju. I zamiast czekać na złotą godzinę, może warto dostosować ustawienia aparatu do aktualnie występujących warunków?

I jeszcze jedno. W powyższym tekście często pojawia się słowo inwestor. Może ono trochę wprowadzać czytelnika w błąd. Jednak inwestor brzmi zdecydowanie lepiej niż rynkowy żółtodziób. 🙂