Nadzieja nie jest strategią

Dlaczego 90% inwestorów indywidualnych przegrywa z własnym mózgiem? Coś jest nie tak, gdy zdecydowana większość uczestników rynku kapitałowego w długim terminie ponosi porażkę.

Bardzo duża liczba, prawda? Taką właśnie podaje Tom Hougaard w książce „Wygrywają ci, którzy potrafią przegrywać”. I pewnie byłoby to przerażające i zniechęcające do rynku, gdyby nie fakt, że autor ma na myśli graczy operujących na rynku kontraktów terminowych. Uff, czyli dotyczy to tych bardziej odważnych, podejmujących większe ryzyko i lepiej z tym ryzykiem oswojonych. Na pewno?

Mechanizmy, które nami „rządzą”, działają zarówno u graczy, jak i u inwestorów mniej aktywnych. I nie chodzi tu o chwilową stratę czy jedną nieudaną transakcję. Chodzi o powtarzalny schemat. Skoro rynek to suma decyzji jego uczestników, to dlaczego tak wielu z nich działa w sposób, który prowadzi do tego samego rezultatu? Najprościej wskazać brak wiedzy i doświadczenia. Do tego dochodzi kolejny element – brak strategii.

Ale to tylko powierzchnia problemu.

Gdy spojrzymy głębiej – pod wykresy, pod wskaźniki, pod analizy – zobaczymy mechanizm znacznie bardziej pierwotny. Nie umiemy pogodzić się ze stratą.

Świadome uzasadnienia vs. nieświadome powody

Spójrzmy na typowe zachowania inwestorów.

  • Pozwalamy, by strata rosła.
  • Realizujemy zysk zbyt wcześnie.
  • Zwiększamy stawkę po stracie, żeby szybciej „odrobić”.
  • Zmniejszamy ekspozycję po serii zysków, bo „wystarczy”.
  • Otwieramy pozycje, do których nie jesteśmy przekonani, bo boimy się, że coś nas ominie.

Na poziomie świadomym wszystko ma logiczne uzasadnienie.

  • „Wskaźniki pokazują wyprzedanie.”
  • „Rynek zaraz odbije.”
  • „Nie można zbankrutować, realizując zysk.”
  • „Muszę odzyskać to, co straciłem.”

Brzmi rozsądnie. Ale gdybyśmy mieli brutalnie uczciwie wskazać prawdziwy powód, niemal zawsze byłby ten sam: unikamy bólu.

Dlaczego strata tak boli?

Dopóki pozycja przynosząca stratę pozostaje otwarta, strata jest potencjalna. To tylko liczba na ekranie. To coś, co może się jeszcze zmienić. W momencie zamknięcia pozycji dzieje się coś znacznie poważniejszego niż zaksięgowanie straty. Strata staje się faktem. A wraz z nią pojawia się konieczność przyznania przed sobą, że:

– źle oceniliśmy sytuację,
– popełniliśmy błąd,
– nie mieliśmy racji.

I właśnie tu wkracza element, o którym rzadko mówi się w kontekście inwestowania: ego.

Dla naszego mózgu zagrożeniem nie jest tylko utrata pieniędzy. Zagrożeniem jest utrata poczucia kompetencji. Nasze umysły nie zostały zaprojektowane do zarządzania portfelem inwestycyjnym. Zostały zaprojektowane do unikania cierpienia. A przyznanie się do błędu boli.

Działanie Powód uświadomiony Powód nieuświadomiony
1. Pozwalam, by straty rosły Mam nadzieję Nudzę się albo obawiam sie,
że przegapię okazję
2. Pozwalam, by straty rosły Wskaźnik mówi,
że jednak mam rację
Unikam bólu
3. Realizuję zysk Nie można zbankrutować, kasując zyski Unikam bólu
4.Zarobiłem, więc zmniejszam stawkę Potrzebuję trochę spokoju Unikam bólu
5. Tracę, więc podwyższam stawkę Chcę odzyskać to, co straciłem Chcę pozbyć się bỏlu
6. Dziś już zarobiłem, więc sobie odpuszczam Boję się stracić to, co zarobiłem Unikam bólu
7.Otwieram pozycje, do których nie jestem przekonany Nudzę się albo obawiam się, że przegapię okazję Unikam bólu związanego z nudą albo przegapieniem okazji

Paradoks: strata trzymana miesiącami, zysk zamknięty w godzinę

Wielokrotnie można zaobserwować ten sam schemat:

– inwestor utrzymuje stratną pozycję przez tygodnie lub miesiące.
– dopłaca depozyt.
– uśrednia cenę.
– czeka.

Ale gdy ta sama pozycja wychodzi na plus — zamyka ją niemal natychmiast. Dlaczego? Bo ulga jest silniejsza niż chciwość. Realizacja zysku przynosi spokój. Realizacja straty przynosi ból.

W efekcie:

– straty rosną,
– zyski są konsumowane zbyt wcześnie,
– relacja zysk/ryzyko zostaje zaburzona,
– a inwestor jest przekonany, że działa racjonalnie.

To klasyczny efekt predyspozycji, opisany w ekonomii behawioralnej. Ale etykieta naukowa nie zmienia istoty rzeczy. My nie walczymy z rynkiem. Walczymy z własnym dyskomfortem.

Nadzieja jako forma ucieczki

Na szczycie listy uzasadnień bardzo często pojawia się jedno słowo: nadzieja.

Ludzie mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Czy aby na rynku finansowym często nie powinna umrzeć pierwsza? Bo w wielu przypadkach nie jest ona wcale strategią. Jest sposobem na odsunięcie bólu w czasie. Dopóki pozycja jest otwarta, można wierzyć. W momencie zamknięcia iluzja znika. A wraz z nią komfort psychiczny. To dlatego inwestorzy potrafią wpłacać dodatkowe pieniądze, by utrzymać nieudaną pozycję. Nie dlatego, że wierzą w jej potencjał. Lecz dlatego, że nie chcą przyjąć do wiadomości, że tym razem przegrali.

Czy naprawdę chodzi o pieniądze?

W teorii inwestujemy, aby pomnażać kapitał. W praktyce bardzo często inwestujemy, aby chronić własne samopoczucie. Kiedy rynek rośnie, czujemy się kompetentni. Kiedy spada – czujemy zagrożenie. Co ciekawe, mózg reaguje na stratę finansową w podobny sposób jak na fizyczne zagrożenie. Aktywują się struktury odpowiedzialne za reakcję „walcz albo uciekaj”. Rynek nie jest jednak tym mitycznym tygrysem w krzakach. Ale my reagujemy tak, jakby nim był. Stąd paniczne wyprzedaże w dołkach i euforia na szczytach. To nie matematyka zawodzi, tylko regulacja emocji.

Co z tym zrobić?

Pierwszym krokiem nie jest lepszy wskaźnik ani bardziej zaawansowana analiza techniczna. Pierwszym krokiem jest świadomość mechanizmu. Dopiero gdy uświadomimy sobie, że trzymanie straty często jest próbą ochrony ego, a nie strategią inwestycyjną, możemy zacząć działać inaczej. Rynek nie nagradza nadziei ani nie karze za błąd. Jest raczej obojętny. Ale bez emocjonalnej równowagi trudno tę obojętność przyjąć.

I być może właśnie dlatego 90% inwestorów przegrywa nie z rynkiem lecz …z własnym umysłem.