Kiedy ochrona staje się zagrożeniem

Jest wrzesień 2009 roku, kiedy Max Haidt rozpoczyna edukację przedszkolną. Na obowiązkowym spotkaniu organizacyjnym jego rodzice zostają poinformowani o surowym zakazie wnoszenia orzechów do placówki, nawet jeśli żadne z dzieci nie ma alergii.

Rodzic Maxa, Jon, zadaje rozsądne pytanie: „Czy rzeczywiście w grupie jest dziecko z alergią?”. Spotyka się jednak z chłodnym odrzuceniem. Zasady obowiązują wszystkich, bez względu na realne ryzyko.

Tu zaczyna się właściwa refleksja: czy takie działania prewencyjne rzeczywiście chronią dzieci, czy wręcz przeciwnie – zwiększają ryzyko alergii?

Z przywołanego badania wynika, że alergie na orzeszki były niegdyś bardzo rzadkie. Jednak od lat 90. XX wieku gwałtownie wzrosły. Co istotne, z badań (LEAP, 2015) wynika, że to właśnie unikanie kontaktu z orzeszkami mogło prowadzić do rozwoju alergii, a nie jej zapobiegać.

Badacze wykazali, że dzieci narażone na wczesny, regularny kontakt z orzeszkami ziemnymi rzadziej rozwijały alergię niż te, którym takich produktów zabraniano. Innymi słowy, nadmierna ochrona może szkodzić.

Dążenie do całkowitego wyeliminowania ryzyka, choć wydaje się logiczne i empatyczne, może przynieść odwrotny skutek. Czasem, próbując chronić, tworzymy nowe zagrożenia. Czy coś Ci to przypomina?

Skąd wziął się sejfityzm?

W XX wieku słowo „bezpieczeństwo” najczęściej kojarzyło się z bezpieczeństwem w sensie fizycznym. Pasy bezpieczeństwa i foteliki dla dzieci w samochodach, a w domach zabezpieczenie gniazdek elektrycznych, by maluch nie eksperymentował z prądem zbyt wcześnie. Ale świat nie stoi w miejscu. W XXI wieku na części kampusów uniwersyteckich to słowo objęło również bezpieczeństwo emocjonalne. Okazało się bowiem, że już użycie nieprawidłowego zaimka przez wykładowcę wobec studenta może spowodować u tego drugiego nie tylko dyskomfort, ale istotnie naruszyć jego bezpieczeństwo… właśnie emocjonalne.

A przecież nie chcemy, by studenci poczuli się zagrożeni, prawda? Tak, wiem, jak to brzmi. Ale to dopiero początek. Australijski psycholog Nick Haslam przeanalizował, w jaki sposób od lat osiemdziesiątych zmieniło się funkcjonowanie takich pojęć jak nadużycie, znęcanie się, trauma czy uprzedzenie. Dla przykładu: kiedyś psychiatrzy używali słowa „trauma” wyłącznie w przypadkach, gdy czynnik fizyczny wywoływał fizyczne obrażenia (np. uszkodzenie mózgu). Później pojawiło się pojęcie „zespołu stresu pourazowego”, aż doszliśmy do momentu, w którym pod pojęciem traumy zaczęto określać każde doświadczenie uznane przez daną osobę za fizycznie lub emocjonalnie krzywdzące.

Subiektywne doświadczenie stało się podstawowym kryterium identyfikacji traumy. Studenci z zadziwiającą łatwością zaimplementowali ten rodzaj definicji.

A później pojawiło się pojęcie bezpiecznej przestrzeni.

O co chodzi? Znów zaczęło się na uniwersytecie. Tak, w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że grupa studentów nie zgadzała się na wykład zaproszonego przez uczelnię gościa, ponieważ nie odpowiadały im jego poglądy. Uznali za swój obowiązek „uchronić” swoich kolegów i koleżanki przed tymi „niewłaściwymi” poglądami.

Wielu studentów nie rozumiało, dlaczego mają mieć zapewnione „bezpieczeństwo” przed ideami. Przecież wystarczy po prostu zignorować wykład, jeżeli nie odpowiadają nam treści, które mogą się na nim pojawić. Nie! My mamy obowiązek was chronić! Tylko kto ma decydować o tym, jakie treści są „nieodpowiednie”?

„Kultura sejfityzmu, w której emocjonalny dyskomfort jest przyrównywalny do fizycznego zagrożenia, to kultura, która zachęca nas do wzajemnej ochrony przed doświadczeniami wpisanymi w codzienne życie, dzięki którym stajemy się silniejsi i zdrowsi.” – G.Lukianoff, J.Haidt, Rozpieszczony umysł. Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę

Bezpieczeństwo ponad wszystko? Cóż, w literaturze było już kilku autorów, którzy opisali taką wizję rzeczywistości. I… te historie nie kończyły się dobrze.

A w świecie finansów?

Czy aby ankieta MiFID nie jest żywą ilustracją sejfityzmu? Przecież kiedy klient banku jest zniesmaczony mizernym oprocentowaniem depozytów i chciałby otworzyć się na inne możliwości, czy nie zostaje skutecznie zahamowany? Ankieta skutecznie zadba o to, by zaświecić mu ryzykiem w oczy. Ale czy wyjaśnia, czym jest to ryzyko? Czy uczy, że można je oszacować? Że można je ograniczyć?

Na to przyjdzie czas w kolejnym kroku, ponieważ wymaga to nieco więcej czasu. Tylko że po nastraszeniu potencjalnego inwestora czającymi się zewsząd ryzykami kto znajdzie w sobie wolę i determinację, by posłuchać, jak ten obraz wygląda naprawdę? Chyba tylko ten, kto wcześniej samodzielnie, chociaż wstępnie, zgłębił wybrane zagadnienie.

Bezpieczeństwo, gwarancja, brak ryzyka, zachowanie kapitału, brak wahań cen – to pojęcia, które wpisują się w kulturę sejfityzmu. W kulturę, która promuje bezpieczeństwo w świecie, w którym nie istnieje ono chyba w żadnym aspekcie.

Obsesja na punkcie eliminowania zagrożeń, tak prawdziwych, jak i wyobrażonych, sprawia, że ludzie nie są skłonni do podejmowania ryzyka w codziennych sytuacjach. Nawet wtedy, kiedy wymaga tego zdrowy rozsądek.